PĘKAĆ.
Dźwięk był przeraźliwie głośny — dźwięk kości zderzającej się z drewnem.
Uderzyłam z całej siły o podłogę. Na sekundę świat pobielał. W uszach rozległ się wysoki dźwięk dzwonienia. Potem poczułam ból – oślepiające, palące ciepło bijące ze skroni.
Dotknąłem czoła. Moja dłoń zrobiła się wilgotna.
Krew. Gęsta, ciemnoczerwona krew. Kapiąca z moich palców, rozpryskiwała się na kremowym dywanie. Spływała mi po twarzy, oślepiając lewe oko.
„O Boże” – jęknęła Agnieszka.
Spojrzałem w górę, przez mgłę bólu, spodziewając się zobaczyć przerażenie na ich twarzach. Spodziewając się, że Mark do mnie podbiegnie.
Agnieszka wskazała drżącym palcem na podłogę. „Krwawi na dywanie! Mark, dywan! To jedwab!”
Mark spojrzał na mnie, a na jego twarzy malowała się nie troska, lecz obrzydzenie.
„Patrz, co zrobiłeś” – warknął. „Ty niezdarny idioto. Wstawaj! Przestań dramatyzować”.
„Ja… ja krwawię” – wyjąkałam, a szok sprawił, że mój głos stał się cienki.
„Robisz bałagan!” krzyknął Mark. „Weź ręcznik! Nie leż tam i nie krwaw jak zarzynana świnia!”
Kopnął mnie w stopę. „Wstawaj!”
Coś we mnie pękło. To nie była kość. To była ostatnia nić uczucia, jaką żywiłam do tego mężczyzny. Iluzja małżeństwa, partnerstwa, nadziei – wszystko to roztrzaskało się w jednej chwili, zastąpione zimną, matematyczną furią.
Oni pierwsi przelali krew.
Nie płakałam. Nie krzyczałam. Usiadłam powoli, a pokój wirował. Sięgnęłam na stół, chwyciłam lnianą serwetkę – tę, którą sama wyhaftowałam – i mocno przycisnęłam ją do rany na głowie.
Drugą ręką sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem telefon.
Mark prychnął, krzyżując ramiona. „Co ty robisz? Do kogo zadzwonisz? Do swojej mamy? Nie żyje, pamiętasz?”
Spojrzałem mu prosto w oczy. Moje lewe oko było zamknięte od krwi, ale prawe szeroko otwarte.
„Nie” – powiedziałem. „Zadzwonię na policję. A potem do ojca”.