Rozdział 1: Sługa bożonarodzeniowy
W jadalni unosił się zapach szałwii, pieczonych kasztanów i drogiego czerwonego wina. Był to zapach idealnych Świąt Bożego Narodzenia, taki, jaki widuje się na okładkach kartek okolicznościowych lub w kolorowych magazynach lifestylowych.
Stałam przy kuchennej wyspie, wycierając ręce w poplamiony fartuch. Moje stopy pulsowały, spuchnięte w kapciach. Nie spałam od czwartej rano. Zamarynowałam indyka, obrałam dwa kilogramy ziemniaków, posmarowałam szynkę glazurą i ręcznie ubiłam śmietanę kremówkę na ciasto dyniowe. Każde danie na tym mahoniowym stole było owocem miłości – a może raczej rozpaczy.
Mogłem ich zobaczyć przez otwarte przejście.
Mark, mój mąż od trzech lat, siedział na czele stołu. Śmiał się z czegoś, co właśnie powiedziała jego matka, Agnes. Agnes siedziała po jego prawej stronie, wirując Cabernet w kryształowym kieliszku – kieliszku, który kupiłam dwa miesiące temu za kwartalną premię.
„To naprawdę wspaniały obiad, Marku” – zagruchała Agnes, a jej głos ociekał tym specyficznym tonem sztucznej słodyczy, który rezerwowała dla syna. „Tak dobrze dbasz o tę rodzinę”.
„Staram się, mamo” – powiedział Mark promiennie, dumny z siebie. „Dla ciebie tylko to, co najlepsze”.
Przełknąłem gulę urazy, która urosła mi w gardle. Ty zapewniasz? – pomyślałem. Nie zapłaciłeś rachunku za media od sześciu miesięcy.
Rozwiązałam fartuch, wygładziłam prostą szarą sukienkę i weszłam do jadalni. Byłam wyczerpana, ale głodna. Nie jadłam nic cały dzień.
Gdy odsunęłam krzesło naprzeciwko Agnes, śmiech nagle ucichł.
Agnes odstawiła szklankę z głośnym brzękiem. Spojrzała na mnie od góry do dołu, a jej usta wykrzywiły się z niesmakiem.
„Eleno” – powiedziała. To nie było powitanie, tylko oskarżenie. „Nie planujesz chyba tak usiąść, prawda?”
Zatrzymałam się w połowie drogi do krzesła. „Na przykład, Agnes?”