„Powiedziałam” – Agnieszka podniosła głos – „nie chcę patrzeć na twoją twarz umazaną tą farbą. Idź ją wytrzyj”.
Moja ręka zamarła na łyżce. „Nie.”
Słowo zawisło w powietrzu. Proste. Absolutne.
Mark upuścił nóż. Odwrócił się do mnie, a jego twarz poczerwieniała. „Słucham? Czy ty właśnie powiedziałeś „nie” mojej matce?”
„Tak” – powiedziałam spokojnie, nakładając sobie dużą porcję ziemniaków. „Ugotowałam obiad. Ubrałam się do obiadu. Jem obiad. Jeśli Agnieszce nie spodoba się moja szminka, może zamknąć oczy”.
„Ty niewdzięczna mała suko” – syknęła Agnes. Spojrzała na Marka. „Pozwolisz jej tak do mnie mówić w swoim własnym domu? Po tym wszystkim, co zrobiłam, żeby uratować to miejsce dla ciebie?”
To był ten impuls. Kłamstwo, które spajało ich świat.
Mark wstał. Był dużym mężczyzną, o szczupłej sylwetce, ale ociężałym. Rzucił serwetkę na stół.
„Wstań” – rozkazał.
„Jem, Marku.”
„Powiedziałem wstawaj!” krzyknął Mark. Okrążył stół w trzech krokach.
Zanim zdążyłem zareagować, złapał mnie za ramię. Jego palce wbiły się w skórę, natychmiast pozostawiając siniaki. Wyrwał mnie z krzesła.
„Przeprosisz moją matkę, a potem pójdziesz do łazienki zmyć makijaż tej dziwki z twarzy!” krzyknął, śliniąc mnie na policzek.
„Puść mnie” – ostrzegłam cicho.
„Czy jesteś głuchy?” – ryknął Mark.
A potem mnie popchnął.
To nie było żartobliwe pchnięcie. To było gwałtowne, pełne siły pchnięcie, mające na celu powalenie mnie na ziemię. Włożył w to cały swój ciężar.
Zatoczyłem się do tyłu. Zahaczyłem obcasami o krawędź perskiego dywanu. Machałem rękami, próbując złapać równowagę, ale nie było niczego, czego mógłbym się złapać.
Moja głowa uderzyła w ostry róg dębowej framugi drzwi.