„Spójrz na siebie” – prychnęła, machając niepewnie ręką w moim kierunku. „Twoje włosy to katastrofa. Masz mąkę na policzku. Pachniesz… tłuszczem. I potem”.
Dotknęłam twarzy z zakłopotaniem. „Gotuję od dwunastu godzin, Agnes. Jestem zmęczona. Chcę tylko jeść”.
„No cóż, psujesz mi apetyt” – oznajmiła Agnieszka, odwracając głowę. „Mark, powiedz jej. To niegrzeczne siedzieć przy świątecznym stole i wyglądać jak służąca”.
Spojrzałam na Marka. Mojego męża. Mężczyznę, który obiecał mnie kochać. Spojrzał na swoją matkę, a potem na mnie. Wybór zapadł w jednej chwili. Zawsze zapadał w jednej chwili.
„Mama ma rację, El” – mruknął Mark, sięgając po butelkę wina, żeby napełnić kieliszek Agnes. „Wyglądasz okropnie. Idź na górę i weź prysznic. Przebierz się w coś ładnego. Nie zawstydzaj mnie”.
„Zawstydzić cię?” Mój głos był cichy, drżący ze zmęczenia. „Mark, ja to wszystko zrobiłem. Zapłaciłem za indyka. Zapłaciłem za wino, które pijesz. Chcę tylko usiąść. Bolą mnie stopy”.
Agnes uderzyła widelcem o porcelanowy talerz. Dźwięk rozbrzmiał jak wystrzał z pistoletu w napiętym pomieszczeniu.
„Jeśli będzie siedzieć na tym krześle i wyglądać jak bezpański pies, to nie będę jeść” – oznajmiła Agnes. „To obrzydliwe. Czuję się, jakbym jadła obiad w stołówce”.
„Słyszałeś ją” – warknął Mark, a w jego oczach błysnęła irytacja. „Idź się przebrać. Albo jedz w kuchni. Po prostu znikaj, dopóki nie będziesz wyglądał schludnie”.
Spojrzałem na ucztę. Na parę unoszącą się znad puree ziemniaczanego. Na złocistą skórę indyka. Spojrzałem na ściany jadalni – ściany, za których odmalowanie zapłaciłem zeszłego lata. Spojrzałem na żyrandol, który sam wybrałem i zamontowałem.
Traktowali mnie jak bezpańskiego psa, pozwalali spać w kącie, nie zdając sobie sprawy, że to ja płacę za dach nad ich głowami.
Wziąłem głęboki oddech. Powietrze w pokoju było rozrzedzone, duszące.
„Dobra” – szepnęłam. „Pójdę się przebrać”.
„Szybko” – mruknął Mark, już zajadając się farszem. „Jedzenie stygnie”.
Odwróciłam się i ruszyłam w stronę schodów. Nie biegłam. Szłam ciężkim, zdecydowanym krokiem. Z każdym krokiem coś we mnie twardniało. Smutek, który dręczył mnie latami – poczucie, że nie jestem wystarczająco dobra, że muszę się bardziej postarać, żeby zdobyć ich miłość – zaczął wyparowywać.
Zastąpiła ją zimna, ostra przejrzystość.
Dotarłam do głównej sypialni i zamknęłam drzwi. Nie spieszyłam się pod prysznic. Podeszłam do lustra i spojrzałam na siebie. Tak, wyglądałam na zmęczoną. Tak, moje włosy były w nieładzie. Ale nie wyglądałam jak służąca. Wyglądałam jak kobieta, która ma już dość.
Przebrałam się w elegancką, czystą czarną sukienkę. Zaczesałam włosy do tyłu. Nałożyłam warstwę czerwonej szminki.
Kiedy wracałem na dół, nie wracałem, żeby prosić o miejsce przy stole. Wracałem, żeby go przewrócić.
Rozdział 2: Krew na drewnie
Wróciłem do jadalni dziesięć minut później. Już jedli. Mark pokroił indyka, nakładając najlepsze białe mięso na talerz swojej matki.
Znów wysunąłem krzesło. Skrzyp drewnianych nóg uderzających o drewnianą podłogę sprawił, że Agnes się skrzywiła.
„Wreszcie” – mruknęła z pełnymi ustami. „Chociaż ta szminka to trochę za dużo, nie sądzisz? Wyglądasz jak ulicznica”.
Zignorowałem ją. Sięgnąłem po łyżkę do nakładania ziemniaków.