Eleanor była maleńka, miała rzadkie, białe włosy i łagodne, niebieskie oczy. Jej cienki płaszcz lepił się do jej ramion, a ona niosła małą, zniszczoną walizkę. Podziękowała nam z cichą godnością i usiadła przy kominku, podczas gdy ja parzyłam herbatę, upierając się, że nie chce sprawiać kłopotów.
Po krótkiej, uprzejmej rozmowie o podróżach i rodzinie, Arthur zaprowadził ją do pokoju gościnnego. Następnego ranka wydawała się wypoczęta. Przy toście z dżemem, z czułością wspominała zmarłego męża i wnuczkę. Przed siódmą Arthur odwiózł ją na lotnisko.
W drzwiach przytuliła mnie. „Dziękuję za spokój” – wyszeptała. „Potrzebowałam go bardziej, niż ci się wydaje”.
Kiedy wyszli, poszłam zmienić pościel. Pokój był nieskazitelny. Ale kiedy odsunęłam kołdrę, zamarłam.
Na środku poduszki znajdowało się małe, niebieskie, aksamitne pudełko na biżuterię.
W środku leżał zapierający dech w piersiach diamentowy naszyjnik – antyczny, ciężki, bez wątpienia cenny. Na stoliku nocnym leżała złożona notatka. Eleganckim, drżącym pismem widniał na niej napis:
Powiedz Arturowi, że jego matka byłaby dumna.