Moja siostra wychowała mnie po śmierci mamy. Miała zaledwie 19 lat, a ja zaledwie 12, wciąż próbując zrozumieć świat, który nagle zmienił się z dnia na dzień. Pracowała po godzinach, porzuciła własne marzenia i dbała o to, żebym miał wszystko, czego potrzebowałem – nawet jeśli oznaczało to konieczność obejścia się bez niej. Ale z wiekiem zacząłem patrzeć na świat inaczej. Poszedłem na studia, pilnie się uczyłem i w końcu zostałem lekarzem. W myślach „udało mi się”. I podczas uroczystości wręczenia dyplomów, stojąc tam w tej chwili dumy, wypowiedziałem słowa, których już nigdy nie cofnę.
„Widzisz? Wspiąłem się po drabinie. Ty wybrałeś łatwą drogę i stałeś się nikim”. Pamiętam ciszę, która nastąpiła. Nie sprzeciwiała się. Nie broniła się. Po prostu się uśmiechnęła – cichym, zmęczonym uśmiechem – i odeszła. Wtedy przekonywałem sam siebie, że jest po prostu zraniona, może nawet zazdrosna. Dni zamieniały się w tygodnie, a tygodnie w miesiące. Żadnych telefonów. Żadnych wiadomości. Powtarzałem sobie, że potrzebuje czasu, że w końcu się opamięta.